czwartek, 12 maja 2011

Tolinka i dzień chaosu...

Zarówno Tolinka jak i Julcio mają bardzo poukładany dzień. O konkretnej godzinie wstają, jedzą, kąpią się, kładą spać. Dzięki temu jestem w  stanie w miarę spokojnie przetrwać dzień a pobyty poza domem nie nastręczają trudności, bo dzieci przyzwyczajone do określonego rytmu funkcjonują tak jak w domu :)
Między innymi dzięki temu, podróż nocą  z 10 miesięcznym Julkiem z Krakowa nad morze była wręcz relaksem :) Julka wykąpaliśmy o tej samej godzinie co zwykle, nakarmiliśmy, ubraliśmy w piżamkę i wsadziliśmy do fotelika w samochodzie. Zasnął od razu. Obudził się na jedzonko o tej samej godzinie co w domu. Zjadł i poszedł spać. Obudził się ponownie witając dzionek o 7.rano gdy akurat postanowiliśmy zatrzymać się, aby Julkowy tata odpoczął i się zdrzemnął...
Gdy po raz kolejny wybraliśmy się nad Bałtyk, Julek miał niespełna 4 latka. I zrobiliśmy to samo co z 10 miesięczniakiem :) Młody zjadł kolację, wykąpał się, przebrał tym razem w wygodny dresik, wsiadł do auta i po przejechaniu może 50km, spał jak suseł. Obudził się na miejscu. W drodze powrotnej, to samo. Po ujechaniu ok. 50 km, zatrzymaliśmy się na stacji na Julkowe siku i mały poszedł spać. Obudziliśmy go ( bo pewnie spałby dalej) gdy wjechaliśmy do garażu :)

Nauczona doświadczeniem i pewna o słuszności wprowadzania "rytuałów" do życia dziecka od pierwszych jego chwil, postanowiłam to samo robić Tolinką.
Od pierwszej nocy w domu, kapaliśmy i kąpiemy ją zawsze o tej samej godzinie- o 18tej. Później ubieranie w piżamkę, jedzenie i spanie. O godz. 18.30 Pączuś już śpi. Około 23.30 - 1 w nocy (z tym jest różnie) budzi się, dostaje mleczko i idzie spać dalej. Zazwyczaj wita dzionek między 6.40 a 7.15.
Jednak jak wiadomo z poprzednich moich postów, ze spaniem Tolinki początkowo różowo nie było ;) Jednak powyższy sukces zawdzięczam właśnie nie tylko temu, że Tolinka już podrosła, ale i swojej cierpliwości i niezłomności w kwestii rytmu dnia :)
Gorzej, jak z jakiegoś nie zależnego ode mnie powodu plan dnia siada...  Z Julkiem nie ma już wtedy wielkiego problemu, bo się mu wszystko wytłumaczy, gorzej z Tolinką :( Wybita z rytmu, jest totalnie marudna. Przesunięcie drzemek, spaceru nie wpływa na nią korzystnie. O ile zamiast spaceru na którym śpi, mogę ją położyć w domu, o tyle gorzej gdy z jakiegoś powodu nie może iść w danej godzinie wcale spać. Wtedy  wali się wszystko, a moja cierpliwość i nerwy wystawiane są na poważną próbę...

I oto, dwa dni temu u sąsiada na piętrze rozpoczął się remont. Od godziny 8ej z częstotliwością co minutę padała seria ciosów łomem w ścianę. Nie chciałabym być na jej miejscu ;) Czasem gdy ściana nie chciała się poddać, była elegancko nawiercana i wtedy atak był ponawiany. Huk był masakryczny!
Tolinka wstała wtedy jak zwykle około 7ej. Parę minut po 9tej całą sobą -głównie otworem gębowym, z którego wydobywały się dziwne i nie miłe dla mych uszu dźwięki- dawała znać, że pora na drzemkę. No i jak tu ją położyć, skoro- mimo pozamykania wszystkich okien- do naszego mieszkania dobiegał  mega hałas? Pozamykałam nawet drzwi do pokoju, jak zwykle włączyłam CD z szumem wiatraka (tym razem sporo głośniej) i próbowałam ją nakłonić do snu, przytykając jej uszko podusią. Nic z tego, nie zasnęła. Ok. Odsunęłam zasłony, otworzyłam okno, zaczęłyśmy się bawić. Po 20 minutach była strasznie śpiąca, więc ponowiłam próbę z drzemką, Niestety i tym razem bez rezultatu. A czas płynął. Tolinka od pół godziny powinna już była spać. Zrobiła się 10.45 - czyli godzina, gdy wstaje z drzemki. Dalsze usypianie nie miało już sensu. Teraz powinna zjeść owocki, pobawić się i ok.12.30 iść na spacer.  Na spacerze po 13tej zazwyczaj ucina sobie około godzinną, drugą i jednocześnie ostatnią drzemkę w ciągu dnia.
A tu doopa.
Postanowiłam, wziąć ją wcześniej na spacer, mając nadzieję że padnie od razu i odeśpi za poranną drzemkę. Co za naiwna ze mnie istota! Pól godziny chodziłam po łąkach i polach - ta nie śpi. Kolejne 15 minut, dreptam w kurzu i słońcu- ta ryczy, trze oczka, buczy, marudzi ale ... nie śpi. Mija następny kwadrans, doszła godzina 13ta i totalnie umęczona, zaryczana w końcu zasnęła.
Czmychnęłam między drzewa, na trawkę aby być z dala od ludzi, samochodów za to blisko natury - śpiewających ptaszków i szumiących liści :) I ledwo siadłam na rozłożonym obok wózka kocyku, wyciągnęłam gazetkę i słyszę, że ktoś idzie. Za chwilę widzę pana idącego z dwoma psami bez smyczy. Jeden z nich zauważył mnie i zaczął biec w moim kierunku. Facet się kapnął, i zaczął go głośno wołać. Myślę sobie: no cudownie, krzycz facet głośniej to mi się Pączek na pewno obudzi! Nie obudził się. Za to pies podszedł do wózka, włożył do niego jak gdyby nigdy nic łeb, i prosto w twarz śpiącej Tolinki zaczął szczekać!
Przez myśl mi przeszło, że chyba tego dziada gołymi rękami uduszę. Pan zawołał pupila po raz kolejny, wyraźnie wściekły, pies pobiegł do niego a pan z daleka ukłonił się i grzecznie przeprosił. Przeprosiny zostały przyjęte ale co mi po nich, jak Pączek po 10 minutach! snu został totalnie wybudzony :( Teraz, wyrwana ze spokojnego snu nie mogła ponownie zasnąć i była marudna do granic. Próbowałam jeszcze bujać wózkiem, śpiewałam kołysanki ale na nic się to zdało. Ryczała i buczała na zmianę całą drogę powrotną. Zanim doszłam do domu, odebrałam po drodze Julka z przedszkola. Wtedy Tolinka na widok braciszka troszkę poweselała :) Na całe szczęście, za chwilę wrócił Julkowo-Tolinkowy  tata i przejął Pączka, żebym miała choć chwilę wytchnienia.
Przed  18tą mała była tak zmęczona, że zrobiliśmy jej ekspresową kąpiel i dziecię padło. Byłam przekonana, że po takim męczącym dniu będzie spała martwym bykiem. I znowu się pomyliłam... Zanim sama się położyłam, Tolinka budziła się chyba z 6 razy. Dopiero gdy padłam obok niej, zasnęła spokojnie :)

A poniżej filmik po zakończonym powyższym spacerku, tuż pod klatką. W tle słychać klakson. w ten sposób mój mąż chciał mnie, stojącą tyłem do ulicy, poinformować że przyjechał...

video

P.s. dzisiaj, po 3 dniach remontu u sąsiada, zapukałam do drzwi jego mieszkania. Chciałam się grzecznie dowiedzieć, jak długi będzie ten remont. Po prostu chciałam nastawić samą siebie, że np. tydzień, dwa muszę się uzbroić w cierpliwość. Wtedy łatwiej byłoby mi znieść ten hałas. Drzwi otworzyli mi panowie z ekipy remontowej i me uszy usłyszały coś cudownego. A mianowicie: właśnie skończyliśmy cały remont. Tadaaaaam:):):)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz