poniedziałek, 10 stycznia 2011

Debiut w przedszkolu -czyli jak Julek histerii dostał...

W 2008 roku Julcio miał zadebiutować w przedszkolu.
Z lekkim przerażeniem szukałam jak najlepszej dla niego placówki. A że mam skrzywienie zawodowe to wymagania miałam spore:)
Niestety, w owym roku jacyś politycy-"żartownisie" ustanowili, że dzieci urodzone przed 1 września mają pierwszeństwo w zapisach do przedszkola państwowego przed dziećmi urodzonymi po tej dacie. No absurd jakiś totalny! Przecież jak pamiętam w jednej klasie zawsze były dzieci i ze stycznia i z grudnia danego rocznika. A tu nagle mądre głowy wymyśliły, że będzie "rozliczanie" nie rokiem kalendarzowym a szkolnym!!! Ten zgoła idiotyczny pomysł dotyczył dzieci w Warszawie i Krakowie. O ile pod naporem protestów pomysł w stolicy padł o tyle w Krakowie wtedy się utrzymał. I dotyczył mojego urodzonego 28 października dziecka...
A miejsc w przedszkola brakowało strasznie, nawet w prywatnych.
I tak o to już na starcie przepadły nam przedszkola samorządowe a zostały tylko prywatne. Znalazłam jedno. Poszłam tam ale nie przypadła mi do gustu pani dyrektor jednocześnie będąca panią przedszkolanką. Już pomijam, że była niechlujna, miała brudne włosy i -delikatnie mówiąc - brzydko pachniała na kilometr to na dodatek zostawiła mnie samą z grupą przedszkolaków i poszła mi kserować jakieś dokumenty do swojego biura. I nie chodzi mi o to, że pozostawiła mnie na pastwę rozdartych czterolatków - miałam praktyki w przedszkolu z 3 i 5 latkami w grupie 30 osobowej i przetrwałam:)- ale o to, że ona zostawiła TE DZIECI  ze mną, z zupełnie obcą osobą! A jakbym tak była "walnięta" i porwałabym jakieś dziecko, albo zrobiłabym krzywdę?! Bardzo mi się to nie spodobało ale postanowiłam zapisać synka na wszelki wypadek, gdybym nigdzie indziej miejsca nie znalazła.
W między czasie przeprowadziliśmy się do innego mieszkania. Idąc na zakupy do pobliskiego sklepu, w którym miały być najpyszniejsze wędliny okazało się, że sklepu już nie ma. Za to na drzwiach wisiała kartka z informacją, że w tym lokalu będzie otwarte prywatne przedszkole i zainteresowane osoby proszone są o kontakt. Numer zapisałam i od razu zadzwoniłam. Umówiłam się z panią na spotkanie w owym lokalu.
Pani okazała się być przemiłą, ciepłą osobą, chętnie odpowiadała na wszelkie moje pytania. Mimo, że lokal był placem budowy postanowiłam zaryzykować i zapisałam Julka nie wiedząc jeszcze jak będą wyglądać sale, jak będą wyposażone... To była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu :)

I tak o to we wrześniu 2008 wysłałam swojego ukochanego synka do przedszkola.
Julek miał wtedy 2 lata i 10 miesięcy i ten czas spędził ze mną w domu- zrezygnowałam z pracy na rzecz bycia z nim. Jak łatwo się domyślić Mały był (i jest) bardzo do mnie przywiązany, ale słowo się rzekło...

Przez okres wakacji czytałam mu książeczki o przedszkolu, chodząc na spacer pokazywałam gdzie będzie chodził, uszyłam mu jego osobistą przytulankę  (zwaną Julkowym Jasiem), żeby mógł ją zabrać ze sobą do przedszkola. Przez całe wakacje wraz z mężem drżeliśmy na myśl co to będzie we wrześniu...

Ostatni tydzień sierpnia dzieci chodziły do przedszkola wraz z rodzicami, żeby się oswoić. Pierwszego dnia adaptacyjnego  Julcio chciał zwiać z 10 razy. Szarpał za klamkę, wisiał na niej, udało mu się nawet zdezerterować aż do szatni. Tam jednak poległ u drzwi wyjściowych.
Drugiego dnia poszedł z nim mój mąż a ja malowałam balustradę na tarasie. Tak z głupia zadzowniłam do niego zapytać jak się Julek trzyma, na co mój mąż z rozbrajającą szczerością wyznał, że są na placu zabaw bo Mały nie chciał siedzieć w przedszkolu... To ja dzień wcześniej przez bitą godzinę walczyłam z Bąkiem żeby nie uciekł, żeby wiedział że jak się jest w przedszkolu to się jest a nie wychodzi z niego kiedy chce a mój mąż niefrasobliwie wyszedł z nim na spacerek bo mały  tak chciał!!! Boże ty mój, myślałam że mnie szlag trafi! Nie muszę chyba dodawać, że następnego dnia Julek chciał mi zwiać ze 20 razy i tłumaczył, że przecież Tatuś z nim poszedł to czemu ja nie chcę? Nie dobra Mamusia!
I przyszedł sądny dzień. Z drżącym sercem zaprowadziliśmy Księcia. Boże, jak on płakał!!! Wczepił się we mnie, trzymał za sweter, nie chciał za żadne skarby puścić.Krzyczał w stylu : nie zostawiaj mnieeeeee!
Ja jednak postawiłam nie dawać po sobie znać że mięknę, postanowiłam nie poddawać się i w końcu wyszliśy z mężem. A po wyjściu sama się się rozryczłam.
Julcio płakał tak bardzo, że aż zwymiotował od ryku...Nigdy wcześniej nic takiego mu się nie przytrafiło.
Gdy wracaliśmy po niego zerknęłam prze szybę. Siedziała bida w kąciku sama, popuchnięta od ryku, zasmarkana po szyję... Widok potworny, serce pękało mi na drobne kawałeczki.
Kolejnego dnia nie wiedziałam jak go zaciągnę do przedszkola.Czołgiem? Wołami? Problem bo ani jednego ani drugiego na podorędziu nie miałam...
Już w domu wył a w przedszkolu powtórka z rozrywki, tylko tym razem uratowaliśmy odzież bo obyło się bez wymiotów :)
Trzeciego  dnia ryk przy rozstaniu, ale potem się już bawił.
Piątego  dnia wyciągał juz rączki do Cioci-akurat do Pani psycholog, która cały czas była z Maluszkami :). Chyba dzięki niej Mały jakoś przetrwał. Tulił się do niej, siedział jej na kolanach a ona cierpliwie go głaskała i spokojnym głosem tłumaczyła. Nie wiem czy kiedykolwiek będzie to Pani -Pani Kasiu -czytała, ale ogromnie Pani dziękuję!
W końcu  Księciunio zrouzmiał, że płaczem niczego nie wskóra. Oczywiście dawaliśmy mu z mężem wsparcie, mówiliśmy że rozumiemy jego smutek ale nie odpuszczaliśmy. Za każdym razem przynosiliśmy mu jakąs niespodzankę w nagrodę- a to batonik, a to auteczko. Poza tym dostawał nagrody-naklejki od cioć w przedszkolu za bycie dzielnym:). Ból rozstania łagodziła podusia-jasiek, którą codziennie ze sobą zabierał do przedszkola a z przedszkola do domu:) Julkowy Jaś co ciekawe nie był tarmoszony do przedszkola, zostawał w domu i czekał na swego Pana:)
Istotne było też to, że nigdy się po niego nie spóźnialiśmy. Oczywiście nie znał się wtedy jeszcze na zegarku i dlatego tłumaczyliśmy, że wrócimy po niego zaraz  po obiadku.

Muszę dodać, że sukces nie zostałby osiągnięty gdyby nie zaangażowanie przedszkolnych Cioć. Świetnie stawiały czoła zaryczanym kilkulatkom. Były wspierające, cierpliwe i ciepłe. Drogie Ciocie- dziękuję Wam za to!

Dla zainteresowanych przedszkolem Julcia Mam oto link do tej placówki:
http://www.chatkamalolatka.eu/


Poniżej wskazówki dla rodziców debiutujących przedszkolaków.


Jeżeli jesteście w podobnej sytuacji do mojej - nie poddawajcie się! Najważniejsze są pierwsze 2 tygodnie. Trzeba być absolutnie konsekwentnym i nie zabierać dziecka z przedszkola bo płacze, bo sobie nie radzi. Jeśli dziecko wyczuje u rodziców niezdecydowanie to będzie to mogło wykorzystywać.Przy rozstaniu trzeba przytulic malucha, dać buziaka, odprowadzić do sali i... wyjść bez zbędnych ceregieli nawet gdy płacze. Przedłużanie pożegnania tylko pogarsza sprawę :(.
Pobyt w przedszkolu naprawdę wyjdzie dziecku na dobre:). Jeżeli wybraliście dobre przedszkole, napewno żadna Ciocia nie zrobi dziecku krzywdy. Z kolei żadna babcia, niania a szczególnie mama mająca dom na głowie, czasem i młodsze rodzeństwo przedszkolaka- nie jest w stanie zorganizować dziecku tylu atrakcji, zabaw edukacyjnych co przedszkole. A już na pewno nie zastąpi mu rówieśników!!! A to właśnie obcowanie w gronie rówieśniczym jest najlepszą nauką jaką może dać przedszkole i która zaprocentuje w przyszłości:)
Poza tym w przedszkolu naśladując rówieśników niejadek staje się Mistrzem Dokładek. Potrafi elegancko zachować się przy stole, świetnie radzi sobie ze sztućcami, dba o mycie rączek przed posiłkiem, pomaga w sprzątaniu po jedzeniu.
Generalnie dzieci stają się bardziej samodzielne, uczą bawić się w grupie, uczą się zdrowej rywalizacji.
Ja osobiście szczerze polecam przedszkola i te samorządowe i te prywatne:)

* W kolejnym poście napiszę na co warto zwrócić uwagę przy wyborze przedszkola.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz